Ferajna od kuchni na Napoleoniadzie w Jonkowie - stoisko, smak i drużyna
Napoleoniada w Jonkowie była nie tylko rekonstrukcją historyczną i dużym lokalnym wydarzeniem. Dla Ferajny był to także dzień intensywnej pracy, wspólnego gotowania, przygotowania poczęstunku, wydawania posiłków, rozmów z gośćmi i sprawdzianu drużynowej organizacji. Byliśmy gotowi już od godziny 10 rano, a skończyliśmy po 20. Było chłodno, ale bez deszczu. Było dużo pracy, ale jeszcze więcej dobrej energii.
Są takie wyjazdy, po których człowiek czuje zmęczenie, ale też ogromną satysfakcję. Napoleoniada w Jonkowie właśnie taka była.
16 maja Ferajna pojawiła się na Jonkowskich Błoniach ze swoim stoiskiem gastronomicznym. Wydarzenie miało wyjątkowy charakter - z jednej strony Powiatowy Dzień Strażaka, z drugiej rekonstrukcja bitwy z epoki napoleońskiej, a między tym wszystkim rodzinny festyn, lokalna publiczność, koła gospodyń, strażacy, goście, przedstawiciele gminy i powiatu oraz mieszkańcy regionu.
Pogoda była chłodna, ale łaskawa. Nie padało, więc można było spokojnie działać, gotować, podawać, rozmawiać i budować klimat stoiska. A tego dnia Ferajna naprawdę miała co pokazać.
Ferajna była tego dnia obecna niemal całą ekipą - jako zespół, który potrafi nie tylko przygotować dobre jedzenie, ale też sprawnie zorganizować zaplecze, obsługę i atmosferę wspólnego stołu.
Stoisko Ferajny - ciepło, smak i dużo pracy
Nasze stoisko było przygotowane z rozmachem. Nie było jednej potrawy „na szybko”. Był cały kulinarny przekrój tego, co Ferajna lubi najbardziej: porządne jedzenie, domowy smak, uczciwe składniki i gościnność bez udawania.
Na ciepło wydawaliśmy między innymi bigos, kiełbasę z cebulą, gołąbki z mięsem w sosie pomidorowym oraz gołąbki jarskie z sosem grzybowym. Była też zupa paprykowa z mięsem mielonym i fasolką, rozgrzewająca, treściwa i idealna na chłodniejszy dzień.
Nie zabrakło także dania z historycznym ukłonem w stronę Napoleoniady - przygotowaliśmy kurczaka Marengo, potrawę kojarzoną z Napoleonem. To był piękny detal, bo stoisko gastronomiczne nie tylko karmiło, ale też subtelnie nawiązywało do charakteru całego wydarzenia.
Był również sos grzybowy, nuggetsy, parówki w cieście drożdżowym z sezamem, bigos z młodej kapusty oraz nasz własny, pieczony chleb ze smalcem własnej roboty - z cebulką, skwarkami i ogórkiem kiszonym. To właśnie takie rzeczy tworzą klimat KGW. Nie tylko lista potraw, ale zapach, ciepło garnków, kromka chleba, rozmowa przy stoisku i ludzie, którzy zatrzymują się na chwilę, żeby spróbować czegoś domowego.
Słodka strona Ferajny
Stoisko Ferajny miało też mocną stronę słodką. Przygotowaliśmy ciasta z truskawkami, rogaliki drożdżowe z dżemem, cake popsy z mascarpone i czekoladą, szarlotkę, napoleonkę, ciastka, ciasteczka i lizaki. Szczególne miejsce w tej słodkiej części miało ciasto piankowe 11-letniej Ani - pianka z galaretki, lekka, kolorowa i przygotowana z sercem. Takie momenty są dla nas ważne, bo pokazują, że Ferajna to nie tylko dorośli przy garach i stołach. To także młodsi, którzy mają swoje pomysły, swoje wypieki i swoje miejsce w tej wspólnocie.
Do tego były napoje, woda, kompot z rabarbaru, kawa, herbata oraz czekolada do picia z bitą śmietaną i posypką. Przy chłodnej pogodzie ciepła czekolada robiła dokładnie to, co powinna - zatrzymywała ludzi przy stoisku na chwilę dłużej.
Goście przy stoisku
Przez nasze stoisko przewinęło się wiele osób. Byli mieszkańcy, uczestnicy festynu, rodziny z dziećmi, strażacy, rekonstruktorzy i goście wydarzenia. Odwiedzili nas także przedstawiciele samorządu - w tym wójt oraz przedstawiciele powiatu.
Takie wizyty są ważne, bo pokazują, że lokalna praca społeczna jest zauważana. Stoisko KGW to nie tylko gastronomia. To wizytówka wspólnoty, zaangażowania i energii ludzi, którzy potrafią zrobić coś razem.
Mieliśmy też okazję skosztować swojskiej, aromatycznej kiełbasy z dziczyzny od Pani Józi. Takie są właśnie lokalne wydarzenia - nie tylko podaje się jedzenie, ale też wymienia smaki, rozmowy, przepisy, doświadczenia i dobre słowa.
Organizacja od zaplecza -
czyli Ferajna w praktyce
Za ładnym stoiskiem zawsze stoi niewidoczna dla wielu osób praca. I tej pracy było naprawdę dużo. Krzysiek i Karol, tradycyjnie, trzymali w ryzach sprawy techniczne - elektrykę i stolarkę. Bez takich osób stoisko nie działałoby sprawnie, bo prąd, ustawienie, stabilność, blaty, przewody, zabezpieczenia i szybkie reagowanie na miejscu są równie ważne jak same potrawy.
Janusz ogarniał dużą logistykę i ochronę zaplecza - stoły, namioty, ławki, termosy i cały ten sprzęt, bez którego nie da się obsłużyć dużego wydarzenia. To są rzeczy, które widać dopiero wtedy, kiedy ich zabraknie. A dzięki dobrej organizacji nie zabrakło.
Dziewczyny zajęły się organizacją i obsługą stoiska. I trzeba powiedzieć jasno: spisały się na medal. Było tempo, była uważność, była cierpliwość do ludzi, była praca przy wydawaniu potraw, porządkowaniu, podawaniu i pilnowaniu, żeby wszystko miało swój rytm.
Jola była głównym marketingowcem stoiska - z energią, uśmiechem i tym szczególnym talentem do przyciągania ludzi. Są osoby, które potrafią sprawić, że stoisko zaczyna żyć. Jola właśnie tak działała.
Chłopaki również dali z siebie wszystko. Krzysiek narwał nawet bzu, żeby przyozdobić stoisko Ferajny. To drobiazg, ale bardzo ważny. Bo takie gesty robią klimat. Pokazują, że nie chodzi tylko o rozłożenie namiotu i garnków, ale o stworzenie miejsca, które wygląda ciepło, swojsko i z sercem.
Bogdan pilnował dziewczyn i pokrywek od garów, żeby nic nie wystygło. I choć brzmi to z humorem, dokładnie o to chodzi w takiej pracy - każdy znajduje swoje zadanie, czasem bardzo konkretne, czasem niepozorne, ale potrzebne.
Od 10 rano do po 20 - dzień pełen pracy
Gotowość mieliśmy już od godziny 10 rano. Zakończyliśmy po 20. To był długi dzień, wymagający fizycznie i organizacyjnie. Przygotowanie stoiska, rozłożenie sprzętu, podgrzewanie potraw, obsługa gości, pilnowanie porządku, rozmowy, dokładanie jedzenia, sprzątanie, pakowanie - to wszystko wymaga zespołu. Jedna osoba tego nie zrobi. Dwie też nie. Tu naprawdę potrzebna jest Ferajna. I właśnie podczas takich wydarzeń najlepiej widać, czy grupa jest tylko na papierze, czy działa naprawdę. My działaliśmy naprawdę.
Duch drużyny
Najważniejsze w tym dniu nie były same garnki, choć jedzenie było świetne. Nie była też tylko liczba wydanych porcji, choć stoisko pracowało intensywnie. Najważniejszy był duch drużyny.
Była współpraca. Było wzajemne pilnowanie się. Było szybkie reagowanie. Było poczucie, że każdy ma swoje miejsce i swoje zadanie. Był śmiech, zmęczenie, chłód, ruch i ta szczególna satysfakcja, która przychodzi dopiero po dobrze wykonanej pracy.
Dziewczyny spisały się na medal. Chłopaki również. Każdy dołożył coś od siebie - ręce, czas, samochód, sprzęt, jedzenie, organizację, energię, pomysł, kwiaty, uśmiech albo zwykłą gotowość do pomocy. I za to naprawdę można być dumnym.
Ferajna przy jednym stole - także w Jonkowie
Napoleoniada w Jonkowie była dużym lokalnym wydarzeniem. Dla nas była także kolejnym dowodem na to, że Ferajna najlepiej pokazuje się w działaniu.
Przy stoisku. Przy garnkach. Przy chlebie ze smalcem. Przy kompocie i kawie. Przy rozmowach z ludźmi. Przy wspólnym noszeniu stołów, pilnowaniu pokrywek i ozdabianiu stoiska bzem.
Tak właśnie buduje się wspólnotę - nie deklaracjami, ale pracą. Nie wielkimi hasłami, ale obecnością. Nie tylko wtedy, kiedy jest łatwo i ciepło, ale także wtedy, kiedy jest chłodno, długo i trzeba dowieźć wszystko do końca.
Było warto.
Był klimat, współpraca i duch drużyny.
I po takim dniu można powiedzieć jedno: jesteśmy dumni z Ferajny.
